11. PZU Półmaraton Warszawski

 

20160403_095649

Selfie przed startem musi być!

No i stało się, przebiegłam swój pierwszy półmaraton po ciąży. Muszę przyznać, że zapomniałam już co to jest stres przed startem czy obawy przed nieukończeniem biegu. Wszystko to wróciło do mnie w niedzielę rano. Trochę późno, ale jak ma się maleństwo w domu, to nie ma się czasu myśleć o takich rzeczach wcześniej. Tak więc stałam na linii startu i zastanawiałam się po co mi to wszystko. To uczucie towarzyszyło mi praktycznie przez cały bieg. Nie wiem czemu, ale nie potrafiłam się rozluźnić i po prostu biec dla zabawy, dla siebie. W głowie cały czas miałam nadzieję na życiówkę, więc co chwila zerkałam na zegarek i liczyłam ile jestem ‘w plecy’ z czasem. Gdy minęłam 10-ty kilometr miałam już pewność, że nie będzie założonego czasu (01:46:00). Ponad minuta straty, a ja nie miałam siły trzymać równego tempa, nie mówiąc już o przyśpieszeniu. Tak więc biegłam dalej starając się nie zwalniać, aż nadszedł 19-ty kilometr i podbieg pod ulicę Belwederską. Spędzał on mi sen z powiek od jakiegoś czasu. Ile razy ja się zastanawiałam czemu właśnie organizatorzy zdecydowali się na taką trasę. No bo kto ma siły wbiegać pod taką górkę na 19-tym kilometrze? Na pewno nie ja 😉 Moją taktyką było patrzenie pod nogi, a nie w górę. Nie chciałam widzieć ile jeszcze zostało mi do końca, tylko po prostu robić swoje i biec. Ile razy chciałam po prostu przejść do marszu nawet nie zliczę. Każdą taką myśl kończyłam kolejną- jeśli nie będzie życiówki to chociaż ukończ bieg poniżej 01:50:00. Tak więc nie mogłam się poddać, musiałam dać z siebie wszystko. Po skończonym podbiegu było już z górki. Ostatnia prosta i  meta. Choć nie miałam już siły, udało mi się jeszcze trochę przyśpieszyć i ukończyłam bieg z czasem 01:49:52. Jest to czas o 30 sekund gorszy od mojej życiówki.

Organizacja

Na duży plus zasługuje bogaty pakiet startowy, w którym znalazła się między innymi koszulka techniczna (za dodatkową dopłatą), buff, rękawki do biegania oraz magazyn Bieganie. Dodatkowo trasa biegu była świetnie przygotowana, a punkty pokarmowe dobrze zaopatrzone. Jak zawsze kibice dopisali i byli widoczni na całej trasie głośno dopingując biegaczy.

Minusem była długa kolejka po napoje już za linią mety. Podejrzewam, że minęło około 10 minut zanim się do niego dostałam.  Drugim ( i na szczęście ostatnim!) było sobotnie pasta party. Wydarzenie to było reklamowane przez organizatorów jako super impreza, a jak dla mnie okazało się wielką klapą. W menu miały się znaleźć, do wyboru, 3 rodzaje makaronów, 3 sałatki oraz 3 desery. W rzeczywistości wyglądało to tak, iż każdy z nas dostał niewielką porcję makaronu (tutaj był wybór), sałatkę (był już tylko jeden rodzaj) i nikt nie pytał się jaki deser chcemy tylko był podawany losowo.  Szalę goryczy przelał zimny makaron. Za 15 zł organizatorzy naprawdę mogli się bardziej postarać. Na pewno nie zdecydowałabym się na to kolejny raz w takiej formie.

Podczas biegu brałam udział w akcji #biegamdobrze i biegłam dla organizacji Rak’n’Roll. W sumie udało mi się zebrać 320 zł. Dziękuję wszystkim za wpłaty.

Gratuluję wszystkim, którzy ukończyli bieg, a przede wszystkim swojej siostrze, która w nim debiutowała.

Julita

Advertisements