Wings for Life czyli gdzie jest auto?

AlphaFoto_6184123Ostatnio miałam okazję startować w wyjątkowym biegu- Wings for Life. Czemu wyjątkowym?

Przede wszystkim jest to bieg charytatywny, a wszystkie zebrane pieniądze zostają przeznaczone na badania nad urazem rdzenia kręgowego.

Dodatkowo mamy możliwość brania udziału w międzynarodowej rywalizacji, gdyż ludzie na całym świecie  startują o tej samej godzinie, u jednych jest wtedy noc, u innych poranek, a w Europie samo południe (co niestety dało się wszystkim we znaki  ;-))

Bo to jest jedyny znany mi bieg, gdzie nie ma wyznaczonej mety, gdyż…meta Ciebie goni! Tak, tak, dobrze przeczytaliście, meta goni zawodników. Jak to możliwe? Pół godziny po starcie, ‘meta’ czyli auta ruszają za zawodnikami. Początkowo auto jedzie z prędkością 15 km/h, tak więc biegacze mają możliwość przebiegnięcia nawet wolnym tempem kilku kilometrów. Potem auto przyśpiesza co godzinę, aby w końcu dogonić ostatniego zawodnika.

W Szwajcarii bieg odbył się w Olten, miasteczku położonym niedaleko Bazylei. Uznałam więc, że nie mogę stracić takiej szansy i muszę w nim wystartować. No bo przecież cel słuszny, a samo uciekanie przed metą wydawało się dobrą zabawą i chciałam spróbować swoich sił.

Jak wyglądało to organizacyjne?

Pakiety startowe można było odebrać już w sobotę, ale także przed startem. Mimo obaw wszystko przebiegło w miarę sprawie, choć dzięki ‘pomocy’ pewnego pana zostałam pokierowana gdzie indziej. Na szczęście wszystko w miarę szybko się wyjaśniło i udało się odebrać pakiet startowy o czasie. Sam pakiet naprawdę bardzo skromy, w środku kilka ulotek, biuletyn informacyjny, puszka Red Bulla, pamiątkowy znaczek Wings For Life no i oczywiście numer startowy z agrafkami.

Przebieralnie, toalety i prysznice pierwsza klasa. Wszystko w hali sportowej obok linii startu, tak więc nie trzeba było daleko chodzić , no i można było załatwić swoje potrzeby normalnie ( wiem, wiem, w toi toiach też można, ale kto woli toi toi’a od standardowej łazienki? ).

Niedziela była wyjątkowo ciepła, 23 stopnie Celsjusza, zastanawiałam się jak często będą ustawione punkty żywieniowe. I tu miła niespodzianka, mniej więcej co cztery kilometry mogliśmy się zaopatrzyć w coca- colę (mniam, ciepła coca-cola, kto nie pił, nie wie co stracił), napoje energetyczne i wodę. Dodatkowo banany, batony i żele energetyczne.

Jakie były moje oczekiwania? Choć zapisując się na bieg zakładałam przebiegnięcie minimum 20 km, to już przed startem wiedziałam, że tego nie zrobię. Nogi zmęczone po kilku dniach chodzenia po Mediolanie plus powrót nocny do domu zrobiły swoje. Byłam niewyspana, a nogi zmęczone. Stanęłam na linii startu z nadzieję na 15 km i szczerze powiedziawszy po przebiegnięciu założonego dystansu zastanawiałam się czy po prostu nie zacząć iść :). Na szczęście wola walki wygrała i udało mi się przebiec jeszcze 3 kilometry więcej zanim dogoniło mnie auto. W sumie przebiegłam 18,04 km, co dało mi 168 miejsce wśród kobiet.

Co mi się nie podobało?

W punkcie na 16- tym kilometrze zabrakło wody i choć pewnie przy pierwszych stolikach cały czas była ( ja pobiegłam do ostatniego z napisem woda), nie miałam ochoty już cofać się i tracić cennego czasu.

Brak medali. Po biegu jak głupia chodziłam i szukałam miejsca, gdzie można by było je  odebrać. Niestety okazało się, że nie ma przewidzianych medali pamiątkowych i musiałam się obejść smakiem. Zawód tym większy, iż w innych krajach zawodnicy takie medale dostali.

Julita

 

Advertisements